22-03-2018, 20:30
Pamiętam jak wyszłam ze szpitala po diagnozie - z absurdalną listą zaleceń dietetycznych na dodatek. Wtedy nieomal zrezygnowałam z glutenu, nabiału, alkoholu i Bóg wie czego jeszcze, bo byłam przekonana, że to wszystko to czysta toksyna, która prędko posadzi mnie na wózek. Po miesiącu tej paranoi, wykończona psychicznie, w końcu stwierdziłam, że niech to wszystko szlag. Otworzyłam sobie butelkę wina, zagryzłam bagietką z serem i się w końcu uspokoiłam (nie, nie jestem alkoholiczką
).
Na kolejnej wizycie opowiedziałam to lekarzowi, pełna obaw, że zaraz dostanę ochrzan. Lekarz popukał się w czoło i stwierdził, że te zalecenia dietetyczne to najlepiej żebym wyrzuciła do kosza i żyła normalnie. A lampka wina, czy nawet dwie, w pełni się w tą normalność wpisuje. Tego się trzymam.
).Na kolejnej wizycie opowiedziałam to lekarzowi, pełna obaw, że zaraz dostanę ochrzan. Lekarz popukał się w czoło i stwierdził, że te zalecenia dietetyczne to najlepiej żebym wyrzuciła do kosza i żyła normalnie. A lampka wina, czy nawet dwie, w pełni się w tą normalność wpisuje. Tego się trzymam.

