Pora na moją relację z drugiej części procedury w Katowicach.
Pobyt trwał 25 dni, a pewnie byłoby krócej, gdyby nie przyjęcie w piątek i bezczynny weekend w szpitalu

Wyszłam w 14 dobie po przeszczepie. Ale od początku: przez weekend zrobiono mi pierwsze podstawowe badania (krew, mocz, pobrano też próbki na posiew - mocz, posiew z gardła i odbytu - aby w razie, gdyby wyszły jakieś nieprawidłowości szybko wdrożyć odpowiednie leczenie). W poniedziałek założono mi wkłucie centralne - i tym razem było bezboleśnie i bez komplikacji. Pani doktor doradziła, żeby na czas podawania chemii założyć cewnik. Rzeczywiście muszę powiedzieć, że była to najlepsza decyzja podczas mojego pobytu i mniemam, że dzięki temu udało mi się nie wymiotować, gdyż ciągłe wstawanie do toalety mogłoby źle się skończyć

Od wtorku rozpoczęłam 4-dniową chemię - znowu był to cyklofosfamid. Kroplówka schodzi ok. 2h - w międzyczasie podawane są kroplówki z potasem, solą itp. dokonywane są także infuzje z furosemidu - środek moczopędny. Po chemii przychodzi czas na ATG - czyli białko odkrólicze. Niestety ATG "skrapla" się dość długo - od 10 do 12h! Także cały dzień spędza się podłączonym do kroplówek. Podobno niektórzy pacjenci źle tolerują ATG - gorączka, zimne poty, wysypka - u mnie bez komplikacji. Po czterech dniach chemii następuje dzień z samym ATG, a kolejny dzień to odpoczynek/przerwa przed przeszczepem.
W dniu przeszczepu, chyba bardziej z wrażenia i stresu niż jako odpowiedź na wcześniejszą chemię, trochę wymiotowałam. Podano mi środek uspokajający/wyciszający i spokojnie oczekiwałam przeszczepu. Całość "operacji" trwała może 25 minut? Śmieszne uczucie - w ustach czuje się smak zgniłych pomidorów, dlatego pierwsze pytanie lekarza po przyjściu do mojego pokoju "czy ma pani cukierka?". Jak powiedziałam, że mam krówkę, to się zaśmiał, że się nie przygotowałam na przeszczep

Poratowano mnie landrynką i rzeczywiście, bez tego byłoby słabo! Po przeszczepie opadłam całkowicie z sił i zasnęłam - emocje wzięły górę. Od drugiego dnia po przeszczepie otrzymywałam zastrzyk mobilizujący, taki jak podczas separacji, żeby moje leukocyty ruszyły do działania. Generalnie do 4 dnia po przeszczepie czułam się w miarę dobrze. Kryzys przyszedł w 5 dobie - spadki w hemoglobinie, płytkach, a przede wszystkim leukocyty na poziomie 0, spowodowały, że byłam totalnie bez sił, bolała mnie głowa i miałam huśtawkę nastrojów i płakałam bez powodu. W 7 dobie po przeszczepie konieczna była transfuzja krwi i płytek. EUREKA! Nigdy wcześniej nie dostałam takiego kopa jak po tych 3 workach krwi

Niesamowity przypływ energii, jak po 4 red bullach, ale bez kołatania serca. Transfuzja jest potrzebna niemalże u każdego w trakcie przeszczepu, więc to normalna procedura. Szok, jak to mi pomogło - już na następny dzień wyniki ruszyły z miejsca. Z każdym dniem było już tylko lepiej

Jak osiągnęłam bezpieczny poziom leukocytów pozwolono mi na krótki spacer po oddziale w asyście rehabilitantki. Potem troszeczkę poćwiczyłyśmy.
Od wtorku jestem w domu, ale pomimo w miarę dobrych wyników krwi, to jestem bardzo słaba i szybko się męczę. Moje 15 miesięczne maleństwo nie daje mi zbyt wielu okazji w ciągu dnia, żeby odetchnąć, ale mąż przeorganizował swoją pracę, by jak najbardziej móc mnie odciążyć. Za tydzień kontrola morfologii.