No cóż, z pewnością migrena z aurą byłaby przyjemniejszą diagnozą, ale ja lubię pamiętać o tym, że mogło być gorzej, że SM to jeszcze nic wobec tego co mogłabym trafić na loterii (a na loterii jedna Pani Lekarka zaproponowała mi guz mózgu, więęęc... dobre i to co mam, ostatecznie). Leczenie SM wyglada teraz zupełnie inaczej niż jeszcze 10-20 lat temu. I to nie tylko dlatego, że wtedy nie wyglądało wcale - jest coraz więcej nowoczesnych leków, które skutecznie kontrolują, a wręcz hamują chorobę, mamy je za darmo, bezterminowo dopóki działają.
Zdecydowanie moment diagnozy jest najgorszy, ale od tego momentu znasz przeciwnika i wiesz już z kim będziesz walczyć. Ja po diagnozie myślałam, że moje życie się skończyło. Że nic nie będę mogła, że w sekundę straciłam wszystko co kocham, a przede wszystkim, że straciłam samą siebie, że nie czeka mnie jiż nic dobrego.. Minęło 2,5 roku i cóż... robię dalej to co kocham, jestem sobą, a nawet może lepszą wersją.
Po wyjściu ze szpitala wyłam przez jakieś dwa tygodnie. Co prawda głównie z powodu trądziku posterydowego, bo pryszcze miałam dosłownie wszędzie. Kolejny rok spędziłam na udawaniu, że doskonale sobie radzę, aż w końcu skończyłam tę farsę u psychiatry i na terapii. Dopiero to skutecznie postawiło mnie na nogi i pomogło mi ułożyć sobie diagnozę w głowie. Żałuję że tak późno się zdecydowałam. Więc jeśli tylko czujesz, że potrzebujesz pomocy, to sięgnij po nią bez ociągania.
Z SM się żyje. Chociaż kiedy to ja leżałam w szpitalu ze świeżą diagnozą postukałabym się w czoło, gdyby mi ktoś powiedział, że to kiedyś powiem.
P.S. I nie czytaj za dużo internetów. Oprócz naszego forum nie ma tam nic ciekawego
Zdecydowanie moment diagnozy jest najgorszy, ale od tego momentu znasz przeciwnika i wiesz już z kim będziesz walczyć. Ja po diagnozie myślałam, że moje życie się skończyło. Że nic nie będę mogła, że w sekundę straciłam wszystko co kocham, a przede wszystkim, że straciłam samą siebie, że nie czeka mnie jiż nic dobrego.. Minęło 2,5 roku i cóż... robię dalej to co kocham, jestem sobą, a nawet może lepszą wersją.
Po wyjściu ze szpitala wyłam przez jakieś dwa tygodnie. Co prawda głównie z powodu trądziku posterydowego, bo pryszcze miałam dosłownie wszędzie. Kolejny rok spędziłam na udawaniu, że doskonale sobie radzę, aż w końcu skończyłam tę farsę u psychiatry i na terapii. Dopiero to skutecznie postawiło mnie na nogi i pomogło mi ułożyć sobie diagnozę w głowie. Żałuję że tak późno się zdecydowałam. Więc jeśli tylko czujesz, że potrzebujesz pomocy, to sięgnij po nią bez ociągania.
Z SM się żyje. Chociaż kiedy to ja leżałam w szpitalu ze świeżą diagnozą postukałabym się w czoło, gdyby mi ktoś powiedział, że to kiedyś powiem.
P.S. I nie czytaj za dużo internetów. Oprócz naszego forum nie ma tam nic ciekawego

