02-08-2024, 20:44
Piszę na swoim przykładzie. Nastawienie do choroby jest najważniejsze i pewnie już kiedyś pisałam, że nie uroniłam ani jednej łzy tylko wściekłam się i postanowiłam walczyć z gnidą. Żyłam tak, jak dotychczas, nie ukrywam, że zdarzały się gorsze momenty, ale ta moja słabość jeszcze bardziej mnie wkurzała. Po drugim rzucie 5 lat po diagnozie pomyślałam - oho, nie ma żartów, trzeba bardziej się postarać. Rok temu będąc u mojego neuro usłyszałam, że mam nieaktywne sm, ale "dziury" w głowie są i w odcinku piersiowym. Nastawienie do choroby wg mnie jest najważniejsze. Chęć życia i stawianie sobie celów choćby najprostszych.
Wiem, że łatwo mi się to pisze, bo nie mam takich poważnych dolegliwości, które bardzo potrafią utrudnić życie, dzieci dorosłe, praca taka, że jak jestem zmęczona to mogę się położyć, ale w zasadzie nie rezygnuję z niczego.
Tak sobie teraz pomyślałam, że pierwsza walka/20lat/, którą musiałam podjąć to walka z depresją i już wtedy musiałam sobie wszystko poukładać w głowie i...wyszłam z tego zwycięsko. Druga walka/6 lat/ była z nadczynnością tarczycy w przebiegu Gravesa-Basedowa - wyjątkowa paskuda. Od stycznia tego roku nie biorę już żadnych leków.
Nie oglądam się za siebie i nie patrzę daleko w przyszłość.
Wiem, że łatwo mi się to pisze, bo nie mam takich poważnych dolegliwości, które bardzo potrafią utrudnić życie, dzieci dorosłe, praca taka, że jak jestem zmęczona to mogę się położyć, ale w zasadzie nie rezygnuję z niczego.
Tak sobie teraz pomyślałam, że pierwsza walka/20lat/, którą musiałam podjąć to walka z depresją i już wtedy musiałam sobie wszystko poukładać w głowie i...wyszłam z tego zwycięsko. Druga walka/6 lat/ była z nadczynnością tarczycy w przebiegu Gravesa-Basedowa - wyjątkowa paskuda. Od stycznia tego roku nie biorę już żadnych leków.
Nie oglądam się za siebie i nie patrzę daleko w przyszłość.

