02-06-2026, 20:13
Miło mi, że zauważyliście, że mnie nie ma. W sumie od 25 kwietnia zaczęły się przeboje. Złapaliśmy coś w szpitalu. Ja się cieszyłam, że mnie w miarę szybko puściło, ale to była tylko cisza przed burzą. 2 maja pojechaliśmy do Kamieńca. Jest tam piękny pałac Marianny Orańskiej. Oczywiście droga pod górę, w internecie nic o tym nie piszą. Ledwo zaszłam, ale się udało. Ja do samego zamku się nie wybieralam, bo schody to już nie dla mnie, po za tym byłam strasznie zmęczona. A jeszcze trzeba było wrócić na parking. Po drodze zero ławek. Nawet małego zydelka. Jakoś zeszłam. I na drugi dzień się zaczęło. Zaczęło mnie dusić. Musiałam się z dziesięć razy wytrząsać zanim udało się nabrać powietrza. Oczywiście na 17 maja miałam rezonans. Odwołałam z problemami. Bo głos mi też zabrało, a dodzwonić się do rejestracji graniczy z cudem. Potem foch lekarki, bo niby powinnam to odwołać u sekretarki, a nie w rejestracji. To duszenie było okropne. W końcu się poddałam i wzięłam antybiotyk. I to w końcu pomogło. Kuzynka zasugerowała krztusiec. I to było chyba to. Piszę chyba, bo badań na to u nas nie robią nawet w szpitalu, a już do Wrocławia nie chciało mi się jechać. I nawet nie zdawałam sobie sprawy, że jak człowiek może normalnie oddychać to może być szczęśliwy. I do dzisiaj mnie jeszcze mnie wszystko boli jak kaszlalam i się dusiłam.
Nadzieja jest płomieniem który migoce, ale nie gaśnie...

