06-08-2024, 09:31
Ostatnio obejrzałam w sumie głośny dokument o Celine Dion i jej chorobie (zespół sztywności uogólnionej), szczególnie po jej występie na otwarciu Olimpiady. Odebrałam go jakoś bardzo osobiście, chociaż pokazana tam choroba jest inna. Natomiast sama śpiewam, co prawda tylko dla siebie, ale za to łatwiej było mi niektóre rzeczy zrozumieć.
Wspominam o tym, bo oczywiście pod dokumentem pojawiło się wiele komentarzy i nawet obejrzałam jedną polską recenzję na YouTube. I jakoś uważam, że wiele z tych komentarzy jest krzywdzące. Zdaję też sobie sprawę, że nie wszystko w tym dokumencie pewnie było naturalne, zawsze jest jakiś scenariusz, ale zarzucanie jej, że ta choroba to jakiś przekręt, żeby uzyskać tylko finansowe korzysci uważam nie na miejscu.
Do tego wśród komentujacych są sami znawcy i przytaczają "mocne" argumenty:
- przecież to normalne, że na starość się choruje (artystka ma 56 lat)
- to wygląda na wypalenie zawodowe i problemy z głową (bierze Valium)
- czemu nagle po śmierci męża zaczęła mocno chorować?
Przez większość dokuementu ryczałam. Po prostu tak mam, wysoki poziom empatii i jak pojawiają się emocje to jakoś trzeba odreagować. A te emocje pojawiły się w zrozumieniu. Niektóre elementy choroby przypominały mi SM. Dla mnie główną tragedią bohaterki jest ograniczenie wydobycia głosu z powodu skurczów mięśni krtani/gardła, które są konsekwencją choroby. I dokładnie wiem, że napięcie uniemożliwia wydobycie prawidłowego dźwięku, dlatego jak sobie myślę, że skoro Celine przez chorobę nic z tym nie może zrobić to może być tragedią, rzeczą z którą trudno się pogodzić. Tym bardziej, że głos to jej życie i praca. I tu trochę przypomina to SM, które czasem też może zabrać marzenia. Owszem można, a nawet trzeba się rehabilitować, ale może się zdarzyć, że nie wróci do początkowego stanu.
A zdziwienie komentujących, że nagle po śmierci męża o chorobie artystki robi się głośno to osobiście mnie wkurza. Akurat przy SM, często przed rzutem pojawił się jakiś duży stres. U mnie pierwszy rzut wywołał przewlekły stres związany z frustracją, a drugi rzut strasznie trudne zakończenie związku. I tak dopiero po wielkim stresie ataki różnych chorób mogą się pogłębiać. Więc zdziwienie recenzenta mówi mi tylko o jego niewiedzy.
Jedyna smutna refleksja po tym dokumencie to taka, że choroba osoby bogatej wygląda trochę inaczej niż zwykłych osób bez ogromnych zasobów finansowych. Piosenkarka ma swojego fizjoterapeutę, który przychodzi do domu, kroplówkę dostaję w domowym zaciszu od prywatnej pielęgniarki, ma szofera i inne udogodnienia o których zwykły człowiek może tylko pomarzyć. No i ma swój dokument. Ale jak się okazuje choroba nie ocenia ludzi po zawartości portfela, każdy może zachorować na jakieś paskudztwo i zawsze to będzie trudne.
Trudno też winić ludzi, którzy bagatelizują objawy i trudności związane z czyimś chorowaniem. Nie da się też mieć wiedzy na temat wszystkich schorzeń. Ja jestem taka mądra, bo choroba zmusiła do zdobywania wiedzy o SM. Ale to też ograniczenie, bo dalej są choroby nawet dla mnie nie zrozumiałe.
Pytanie czy ktoś z Was widział dokument ma podobne przemyślenia, czy całkowicie się ze mną nie zgadza?
Wspominam o tym, bo oczywiście pod dokumentem pojawiło się wiele komentarzy i nawet obejrzałam jedną polską recenzję na YouTube. I jakoś uważam, że wiele z tych komentarzy jest krzywdzące. Zdaję też sobie sprawę, że nie wszystko w tym dokumencie pewnie było naturalne, zawsze jest jakiś scenariusz, ale zarzucanie jej, że ta choroba to jakiś przekręt, żeby uzyskać tylko finansowe korzysci uważam nie na miejscu.
Do tego wśród komentujacych są sami znawcy i przytaczają "mocne" argumenty:
- przecież to normalne, że na starość się choruje (artystka ma 56 lat)
- to wygląda na wypalenie zawodowe i problemy z głową (bierze Valium)
- czemu nagle po śmierci męża zaczęła mocno chorować?
Przez większość dokuementu ryczałam. Po prostu tak mam, wysoki poziom empatii i jak pojawiają się emocje to jakoś trzeba odreagować. A te emocje pojawiły się w zrozumieniu. Niektóre elementy choroby przypominały mi SM. Dla mnie główną tragedią bohaterki jest ograniczenie wydobycia głosu z powodu skurczów mięśni krtani/gardła, które są konsekwencją choroby. I dokładnie wiem, że napięcie uniemożliwia wydobycie prawidłowego dźwięku, dlatego jak sobie myślę, że skoro Celine przez chorobę nic z tym nie może zrobić to może być tragedią, rzeczą z którą trudno się pogodzić. Tym bardziej, że głos to jej życie i praca. I tu trochę przypomina to SM, które czasem też może zabrać marzenia. Owszem można, a nawet trzeba się rehabilitować, ale może się zdarzyć, że nie wróci do początkowego stanu.
A zdziwienie komentujących, że nagle po śmierci męża o chorobie artystki robi się głośno to osobiście mnie wkurza. Akurat przy SM, często przed rzutem pojawił się jakiś duży stres. U mnie pierwszy rzut wywołał przewlekły stres związany z frustracją, a drugi rzut strasznie trudne zakończenie związku. I tak dopiero po wielkim stresie ataki różnych chorób mogą się pogłębiać. Więc zdziwienie recenzenta mówi mi tylko o jego niewiedzy.
Jedyna smutna refleksja po tym dokumencie to taka, że choroba osoby bogatej wygląda trochę inaczej niż zwykłych osób bez ogromnych zasobów finansowych. Piosenkarka ma swojego fizjoterapeutę, który przychodzi do domu, kroplówkę dostaję w domowym zaciszu od prywatnej pielęgniarki, ma szofera i inne udogodnienia o których zwykły człowiek może tylko pomarzyć. No i ma swój dokument. Ale jak się okazuje choroba nie ocenia ludzi po zawartości portfela, każdy może zachorować na jakieś paskudztwo i zawsze to będzie trudne.
Trudno też winić ludzi, którzy bagatelizują objawy i trudności związane z czyimś chorowaniem. Nie da się też mieć wiedzy na temat wszystkich schorzeń. Ja jestem taka mądra, bo choroba zmusiła do zdobywania wiedzy o SM. Ale to też ograniczenie, bo dalej są choroby nawet dla mnie nie zrozumiałe.
Pytanie czy ktoś z Was widział dokument ma podobne przemyślenia, czy całkowicie się ze mną nie zgadza?


.
...
Szczerze mówiąc to mam to gdzieś. Co ma być, to będzie i tyle. Nie ma co szukać dodatkowej dziury w dupie za przeproszeniem. Moja szwagierka tylko nie może zrozumieć, dlaczego ja nie chodzę do lekarza rodzinnego. No sorry, ale po co mam tam chodzić? Ja już mam neurologa po kokardki. I jakoś tak nie mam radochy z łażenia gdziekolwiek, jak nie muszę. Szczerze, to nie pamiętam już kiedy byłam u rodzinnego