Na przebieg stwardnienia rozsianego ogromny wpływ ma stres. Niestety, przez lata od diagnozy boleśnie się o tym przekonałam. Największy, najgorszy i najdłużej trwający rzut dopadł mnie po rozstaniu z długoletnim partnerem. Dosłownie, SM mnie wtedy rozłożyło z dnia na dzień. To było takie najbardziej spektakularne, ale większość rzutów łączyła się właśnie z jakimś taki napięciem emocjonalnym - zbyt stresujący projekt w pracy, kłopoty finansowe itp.
Na szczęście, działa to też w drugą stronę. Zauważyłam to pierwszy raz jak byłam na wymianie studenckiej zagranicą. Robiłam to, co uwielbiałam, zwiedziałam nowe miejsca, poznawałam fajnych ludzi - po krótkim czasie poczułam się tak, jakbym była okazem zdrowia. W Polsce przed wyjazdem czułam się źle - to było kilka miesięcy po tym najcięższym rzucie, równowaga szwankowała, nogi sprawdzały się tylko na krótkich dystansach. Po miesiącu od wylotu z Polski zaczęłam... jeździć rowerem.

I to nie jakieś krótkie dystanse np. do najbliższego sklepu. Nowi znajomi tak mnie motywowali, że potrafiłam przejechać z nimi 20-30 km jednego dnia. Jak na tamtą sytuację i to co było miesiąc wcześniej - to był absolutny rekord świata.
Od tamtego czasu- bardzo staram się dbać o sferę emocjonalną. Podchodzę do tego tak samo jako do innych rzeczy związanych z leczeniem, np. zastrzyków (bo oczywiście jestem w programie).