27-05-2024, 21:07
No właśnie tradycja...
U mnie w rodzinie począwszy od praprzodków musiała być dochowana i tak któraś z moich prababek kazała przekazywać z pokolenia na pokolenie, że urodzona córka ma mieć na pierwsze, albo na drugie Maria i podobnie z synem - ma być Józef.
Mój pierworodny miał mieć na imię Aleksander, ale w tamtych latach była jakaś bajka ze szczurem Aleksandrem, wiec zrezygnowałam dla dobra dziecka. Potem przypomniałam sobie taka cudną scenę z książek o Ani z Zielonego Wzgórza, gdzie występował Krzysztof. Na drugie oczywiście Józef, trzecie po tacie Mirosław. Drugie dziecię - bardzo chciałam, żeby nazywał się Corrado/zdrobniale Radek/, bo akurat leciał serial "Ośmiornica" i ten nad wyraz przystojny aktor tak miał na imię w filmie. Dziecko do dziś mi dziękuje, że się opamiętałam...
. Miałam jeszcze w zapasie Marcin, bo zawsze chciałam mieć brata o tym imieniu, który miałby migdałowe oczy i włosy koloru spalonego żyta. Oczy nie wyszły, włosy prawie, prawie. Marcin na drugie po tacie i trzecie po moim dziadku Antoni. Gdyby była córka na pewno nazywałaby się Marta/tak postanowiłam za pierwszym razem/. Przy drugim dziecku w przypadku córki miała być Olszyna/piękne starosłowiańskie imię i jakby to brzmiało - Olszyna Maria 
A ja miałam być Krzysztofem, ale jestem Anna Maria Halina. Nie chciałam tej Haliny, tylko Monika, ale to imię miało być dla sprawienia radości jakiejś ciotce
Ale jeszcze tak przy okazji imion muszę Wam powiedzieć, że także od pradziejów mojej rodziny ogromną uwagę przykładało się do nazwisk. Jak powiedziałam mojej mamie, że spotykam się z Mirkiem to pierwsze pytanie było o nazwisko - powiedziałam, a mama na to "Phi, żeby chociaż...i tu podała to nazwisko z końcówka - "ski"
A moja ciocia przedstawiła pana, z którym się spotykała i który miał na nazwisko Biały i od razu z ust mojej prababki padło pytanie "Z których Białych?"/chodziło o herb/. Z żadnych...no i pozamiatane...
Ale w genach to zostaje, bo za każdym razem, jak mi synowie przedstawiali dziewczynę to pytałam o nazwisko
U mnie w rodzinie począwszy od praprzodków musiała być dochowana i tak któraś z moich prababek kazała przekazywać z pokolenia na pokolenie, że urodzona córka ma mieć na pierwsze, albo na drugie Maria i podobnie z synem - ma być Józef.Mój pierworodny miał mieć na imię Aleksander, ale w tamtych latach była jakaś bajka ze szczurem Aleksandrem, wiec zrezygnowałam dla dobra dziecka. Potem przypomniałam sobie taka cudną scenę z książek o Ani z Zielonego Wzgórza, gdzie występował Krzysztof. Na drugie oczywiście Józef, trzecie po tacie Mirosław. Drugie dziecię - bardzo chciałam, żeby nazywał się Corrado/zdrobniale Radek/, bo akurat leciał serial "Ośmiornica" i ten nad wyraz przystojny aktor tak miał na imię w filmie. Dziecko do dziś mi dziękuje, że się opamiętałam...
. Miałam jeszcze w zapasie Marcin, bo zawsze chciałam mieć brata o tym imieniu, który miałby migdałowe oczy i włosy koloru spalonego żyta. Oczy nie wyszły, włosy prawie, prawie. Marcin na drugie po tacie i trzecie po moim dziadku Antoni. Gdyby była córka na pewno nazywałaby się Marta/tak postanowiłam za pierwszym razem/. Przy drugim dziecku w przypadku córki miała być Olszyna/piękne starosłowiańskie imię i jakby to brzmiało - Olszyna Maria 
A ja miałam być Krzysztofem, ale jestem Anna Maria Halina. Nie chciałam tej Haliny, tylko Monika, ale to imię miało być dla sprawienia radości jakiejś ciotce
Ale jeszcze tak przy okazji imion muszę Wam powiedzieć, że także od pradziejów mojej rodziny ogromną uwagę przykładało się do nazwisk. Jak powiedziałam mojej mamie, że spotykam się z Mirkiem to pierwsze pytanie było o nazwisko - powiedziałam, a mama na to "Phi, żeby chociaż...i tu podała to nazwisko z końcówka - "ski"
A moja ciocia przedstawiła pana, z którym się spotykała i który miał na nazwisko Biały i od razu z ust mojej prababki padło pytanie "Z których Białych?"/chodziło o herb/. Z żadnych...no i pozamiatane...
Ale w genach to zostaje, bo za każdym razem, jak mi synowie przedstawiali dziewczynę to pytałam o nazwisko

